RSS
poniedziałek, 09 stycznia 2012
kilka słów

dla wytrwałych zaglądaczy...

Nie piszę od dawna, bo trudny czas u nas. Ani weny nie miałam, ani głowy, ani energii, ani łatwego dostępu do internetu.

Sprawy, pokrótce, mają się tak:

Pod koniec września wprowadziliśmy się do nowego domu. Dużo było z tym zamieszania i problemów, o których nawet nie mam siły pisać.

Mieszkamy, ale szczęśliwi nie jesteśmy, o nie. Zwłaszcza ja.

Może za jakiś czas wypiszę się tu na forum publicznym i poślę w wirtualną przestrzeń część naszych aktualnych zmartwień i problemów.

Jeszcze nie teraz.

Niemniej jednak ważą się losy naszego mieszkania w tym domu i samego domu również.

Dziewczyny nasze natomiast płyną sobie od dnia do dnia, rosną, dojrzewają (głównie Cecylka) i mają różne własne troski.

Cela filozofuje, rozmyśla o sensie życia, rozumie więcej, niż nam się wydaje i taka jest już dorosła, że hej.

Gabrysia gra na pianinie, śpiewa w szkolnym chórze i właśnie niedawno rozstała się z idealistycznym obrazem swojej wychowawczyni i przestała ją lubić. Ja już dawno. I nie wiem narazie, co z tym fantem zrobić, bo momentami pani B. jest absolutnie nie do przyjęcia.

Mania radośnie chodzi do przedszkola, przyjaźni się z Guciem, który jest najlepszym kolegą i koleżanką w jednym.

Dużo się dzieje. Czekam na radośniejszy czas...

Żeby znowu pisać i się tym po prostu cieszyć.

Póki co trzymajcie kciuki, jeśli można...

12:09, a_szczech
Link Komentarze (17) »
wtorek, 13 września 2011
prawdzie w oczy

Kupiłam w maju buty dla Cecy. Fajne, porządne, takie na zaś. Wiosnę przechodzi i jesień też, myślałam.

Ucieszyłam się, wyciągając je z kartonu, chłodnym, wrześniowym rankiem. I jakież było moje zdziwienie, gdy okazało się, że stopa mojej córki nie może tam się wcisnąć, mimo moich cieplusich słów zachęty.

W pośpiechu wyszperałam córczyne buty wyjściowe, eleganckie czarne pantofelki, rozmiar większe. Ceca utykając i kulejąc, ledwo doszła do samochodu, by w nim zmienić pantofelki na sandały, z których wystają palce. Albowiem przez wakacje stopy mojej dzieciny urosły o 2 (!!!) numery.

Do tego tlące się dotychczas objawy budzących się estrogenów przybrały jakby na sile i nie da się już ukryć. Zaczyna się.

Ostatnio nocowała u nas koleżanka z klasy Cecylki, Miriam. Moje dziecko prysznicowało się w łazience, wchodzę do niej z ręcznikiem i co słyszę?

-mamo, nie rób mi obciachu! Jeszcze Miriam zauważy, że się ciebie nie wstydzę!

Jeny, nie chcę być obciachową matką.

Początki dojrzewania to pierwsza prawda, której spojrzałam w oczy.

Druga jest taka, że Gabrysia zrobiła się ciut za bardzo okrągła i coś z tym trzeba zrobić. JA wiem, że wszystkie przeciwalergiczne i przeciwastmatyczne leki, które Gabi dostaje nie pozostają obojętne w tym względzie, ale wyraźnie widzę, że jej samej zaczyna to przeszkadzać.

Trzeciej prawdzie patrzymy w oczy razem z Olkiem. NAsz dom, w którym zamieszkamy już lada chwila nie będzie miał tego i owego, ponieważ tralalala...wiadomo o co chodzi, kiedy nie wiadomo o co chodzi.

Elewacja musi poczekać, płoty, ogródek i inne bajery również.

Póki co wciąż na kartonach. Nie uwierzycie, jak niewiele gadżetów człowiek potrzebuje, żeby wygodnie żyć.

A kartony szczęśliwie podpisane, tylko jakoś nieszczęśliwie ułożone. Napisami do ściany garażu czy coś. Próbowałam w nich znaleźć buty jesienne rozmiar 35, dostane kiedyś od mamy Dorotki (a swoją drogą jaki rozmiar ma teraz ośmioletnia Dorotka?). Bez sukcesu, za to z dużą frustracją.

Czwarta prawda jest taka, że wszystkie trzy moje córki są zasmarkane i siedzą w domu. A ja razem z nimi...

23:01, a_szczech
Link Komentarze (6) »
wtorek, 06 września 2011
zawirowania

Za nami przeprowadzka numer jeden. Przeprowadzka numer dwa za jakieś trzy tygodnie.

I żeby nie było wątpliwości; to nie tak dla frajdy i urozmaicenia monotonii  codzienności. Ale.

Po powrocie z żabolandii weszliśmy do naszego budującego się domu i pozbyliśmy się złudzeń. No nie było szans na wprowadzkę doń w połowie sierpnia. A stare śmieci trzeba było rychło opuścić.

Pakowanie dobytku w tysiące kartonów, które wywieziemy nie wiadomo dokąd, telefony z budowy w sprawach ostatecznych decyzji, bo przecież pani, a te płytki to układać tak czy siak, a  baterie jakie, a kolory na ściany wybrać, a prądu nie ma i robota nie idzie, a sypialnia miała być szaro-niebieska, a chłopaki dały na jedną ścianę babie lato i co teraz pani...

Plus szaleńcze szukanie dachu nad głową. Byli szaleńcy skłonni przyjąć naszą familię na swoje metry (zwłaszcza strybolom w tym miejscu dziękuję za otwartość serc i wrot), ale wiadomo. Łatwo to by nie było.

Lokum się jednak znalazło, przez znajomych znajomych i ich sąsiadów (jak to zwykle bywa) i od ponad trzech tygodni mieszkamy w szeregowcu, blisko szkoły Gabrysi, w naszym ulubionym i korzystnym dla nas fyrtlu, że się tak wyrażę.

Rozpakowaliśmy rzeczy absolutnie do życia konieczne i generalnie wciąż czegoś szukamy po kartonach. Karton z napisem galowe 1 wrzesień szczęśliwie był na wierzchu, ale już ten z napisem szkoła dziewczyny zaginął w akcji. Bo chyba był taki. Musi GDZIEŚ być. A w nim nuty NA JUTRO mamo KONIECZNIE! oraz wszystko z emisji głosu na wczoraj w zasadzie. Być może jest w nim również tornister Cecylki, widziany ostatnio w czerwcu.

Byle do października, bo wtedy rozpakujemy wszystkie kartony i torby. U siebie.

Tymczasem ruszyła machina szkolno-(uwaga uwaga) przedszkolna.

Duże dziewczyny to już szkolne wyjadaczki, wiedzą co i jak, z czym, kiedy i o co z tą szkołą chodzi. Mnie nieustannie zdumiewa fakt, że to już druga i trzecia klasa, ale cieszy jednocześnie ich samodzielność i obeznanie w obowiązkach i zasadach funkcjonowania szkolnego.

Natomiast z Manią przeżywamy właśnie początki nowego etapu w życiu. Jej i naszym.

W czwartek Mania przekroczyła progi przedszkola. Te same progi kilka lat temu przekroczyły kolejno Cela i Gabrysia. I są to cudowne progi. Cudowne miejsce. I nie mam absolutnie żadnych wątpliwości, że tylko tu chcę Manię zostawiać.

Czwartek i piątek spędziłam w przedszkolu razem z Manią. Wczoraj zostawiłam ją na godzinkę, a dzisiaj wyszłam po śniadaniu. I nie było nawet łzy. Ani mojej, ani maniowej.

Marysia jest świetnym przedszkolakiem. Bardzo otwarta, chętna do zabaw, śpiewów, spacerów. Jest towarzyska, bardzo społeczna, rozgadana i bardzo dużo jedząca. Trzy razy zupka i dwa razy drugie danie- poinformowała mnie ciocia Ewa, gdy odbierałam Manię po obiedzie.

I coraz mniej mruga oczami, znaczy dobrze jest. Bo Mania jakiś tydzień po przeprowadzce znowu zaczęła mocno mrugać oczkami. Znowu, bo w maju było to samo, ale jakoś wtedy tak samo przeszło. Tym razem poszłyśmy do okulistki, która na szczęście nie stwierdziła żadnych ocznych przypadłości, za to tikowo-nerwowe owszem.

Dla takiego małego bąka nasze zawirowania mieszkaniowe są widać dużym wyzwaniem. Mrug mrug...

Chciałabym mieć swojego pieska. Dam mu sianko do jedzenia, a jak zrobi siku na podłogę, to spoko, nic się nie stanie, wyniosę go na trawkę i już, nauczy się- tak sobie dzisiaj wieczorem przed zaśnięciem pogadałyśmy z Manią.

Pies, choć jeszcze nie wiadomo kiedy i czy w ogóle będzie, dostarcza nam wielu radości i zabawy z wyszukiwaniem imienia podczas rodzinnych narad, bywa powodem łez wściekłości i kłótni, a także absurdalnych głupawek. Ostatnio w samochodzie przeszliśmy samych siebie wymyślając mu imiona, za które by nas znienawidził.

Ja obstaję przy psie Imbirze i kocie Cynamonie. Dziewczyny mają swoje opcje Tofikowo-Azorkowe.

Imiona z samochodu to na przykład pies Media, kot Markt. Albo pies Zejn, na cześć narzeczonego Riki, syrenki z H2O.

Wracam do poszukiwań. Tym razem worka na wf z zawartością. Jakże drogocenną. I obiecuję sumiennie pisać częściej. Chwile uciekają niepostrzeżenie i hop siup, już ich nigdzie nie ma...

 

22:29, a_szczech
Link Komentarze (2) »
środa, 27 lipca 2011
Żabie udka

Dziewczyny mają za sobą pierwszy w życiu lot samolotem.

I są zachwycone! Piszczały z uciechy, kiedy startowaliśmy, podobał im się świat z wysoka, nawet lądowanie, które ja jestem w stanie przeżyć tylko w bezruchu i z zamkniętymi oczami, one powitały z radosnym uśmiechem. Moje podróżniczki!

Moja siostra rozpieszcza nas po prostu nieprzytomnie. Jadamy tak wykwintne, wymyślne i wyrafinowane posiłki, że nie wiem doprawdy, czym zaspokoję nasze dopieszczone kubki smakowe po powrocie do domu...

Owoce morza, pyszne sery, boskie tarty, desery palce lizać, winko. Dzisiaj na kolacyjną przystawkę obgryzaliśmy żabie udka. Ku wielkiemu obrzydzeniu starszych dziewczyn. Mania bowiem uwielbia kuchnię francuską. Kocha ślimaczki, zajada się krewetkami, nazywając je ośmiorniczkami, tylko sery jakoś tak jej nie podchodzą. Za to dzisiejsze żabie udka i owszem. Mania wyjadała je nawet cioci.

Młodzież zjada głównie bagietki, kuskus, fasolkę szparagową i serki kiri.

Nie wiedzą, co tracą.

Paryż dozujemy sobie i dziewczynom z umiarem. Zwiedzanie miasta w okresie szczytu turystycznego, z trójką dzieci bywa lekko męczące. Pić, siusiu, jeść, bolą nogi, ja chcę loda i takie tam. Największą frajdą jak dotąd były place zabaw w okolicy wieży Eifla oraz Disneyland.

Nic jednak nie przebije zabaw z ukochaną kuzynką Eurydice i wieczornych seansów Charliego Chaplina.

Przed nami wielkie świętowanie.

Jutro Mania kończy 3 LATA, pojutrze Cecylka 9.

Szaleństwo urodzinowe zapowiada się przynajmniej na dwa dni.

Postaram się o fotorelację.

22:25, a_szczech
Link Komentarze (5) »
środa, 20 lipca 2011
jestem

chociaż ostatnio to trochę jakby mnie tu nie było.

Ech, pędzi ten czas galopem, wakacyjny leń mnie obezwładnił, letnie powietrze rozleniwia mózg i wenę twórczą odbiera. Ale przyjemnie zawiewa, przyjemnie, nie powiem.

Po czerwcowej końcówce zmagań szkolnych mych córek i logistycznych moich, wybyłyśmy na cudowne dwa tygodnie nad morze. Olek był z nami tylko 4 dni, więc krócizna straszna i tęsknota jeszcze straszniejsza, ale towarzystwa to nam nie brakowało.

Jeździmy zawsze w to samo zaprzyjaźnione miejsce z zaprzyjaźnionymi harcerzami, w większości wielodzietnymi, więc zabawy mamy po pachy. Dzieciaków pełne bagażniki, bułek na śniadanie siaty z czubkiem, a jak biwak na plaży rozłożymy, to końca naszego pobojowiska nie widać.

Dzieci bawią się, łażą, jeżdżą na plażę, wracają z niej w różnych konfiguracjach i generalnie nie wiadomo które, czyje, czyli wszystkie nasze.

Lubię ten nadmorski czas. W ciągu tych dwóch tygodni przeczytałam 5 książek, w tym dwie cegły, co nie zdarzyło mi się chyba od czasów studenckich. A to niezbity dowód na to, że dzieci dobrze się bawiły, a ja im w tym nie przeszkadzałam, hihi.

 

 

morze1

 

Mania z uwielbianą przez siebie ukochaną psyjaciółką, Marysią P.

morze2

W drodze powrotnej zahaczyliśmy na krótko o moich rodziców i zostawiwszy tam Cecylkę na dni kilka tylko z babcią i dziadkiem, oraz bez Gabrysi, co najistotniejsze dla Celi w całym tym przedsięwzięciu, wróciliśmy do Poznania, żeby trochę po sklepach z płytkami, wannami, brodzikami, drzwiami i innymi tego typu gadżetami, pobiegać. Uff, od samego tylko pisania się zdyszałam.

A bieg ci to na długi dystans, do tego z pułapką pod tytułem nieograniczony wybór. Matko, czy wy wiecie, ile tego wszystkiego jest? Bo ja dostaję oczopląsu i taka niemoc decyzyjna mnie ogarnia, że doprawdy moment przelania pieniędzy za zakupiony towar uczczę szampanem.

Bo delikatnie i przypominająco tylko napomknę, że budujemy nasz dom i do końca sierpnia musimy, musimy, musimy w nim zamieszkać, albowiem również do końca sierpnia MUSIMY opuścić dotychczasowy lokal.

Wszystko się robi i się buduje ciut na wariata i nawet pisać się o tym boję, bo doprawdy nie wiem, co będzie i gdzie zamieszkamy od września. Oby u siebie...

Póki co jednak wakacje wciąż trwają. Hura!!!

W najbliższy piątek lecimy do Paryża, do mojej siostry. Na 10 dni. Z Olkiem. To po prostu niewiarygodne! Istne szaleństwo przed czekającym nas szaleństwem przeprowadzkowym. Takie ładowanie akumulatorów przed stromym podjazdem.

Cecylka wróciła od dziadków szczęśliwa i stęskniona. Bardzo za Manią, mniej za Gabrysią, jak sama mówi, ale chyba ta krótka rozłąka dobrze im zrobiła, bo kumplują się jakoś teraz, leżą przytulone, chichrają, gadają, wygłupiają się, czule tarmoszą.

Nie, nie, nie. Nie zawsze i ciągle. Co to, to nie. Bywa gorąco i kłótliwie, a jakże.

Spontanicznie zapisałam dziewczyny na warsztaty w Zamku, w ramach festiwalu animacji. Kwękały, że jak mogłam, nie zapytawszy ich wcześniej o to, czy w ogóle chcą, że one nie mają kiedy się nabawić, i że ciągle gdzieś (niewdzięcznice jedne, kurka!).

Teraz same pilnują, żeby się nie spóźnić, negocjują ze mną późniejszy odbiór i takie tam. Są zachwycone. Cela tylko poprosiła, żeby następnym razem zapisać je na warsztaty ODDZIELNIE.

- Bo Gaba zawsze taka uczepiona i ciągle wszystko wszystkim opowiada. Naprawdę, nie musisz wszystkim opowiadać, że tata zbudował nam antresolę, wiesz?

Myślę, że Ceca za to uśmiecha się do wszystkich przepraszająco, spojrzeniem tłumacząc, że och, no taka już jest ta nasza Gaba...

Podczas gdy dziewczyny się warsztatowały, my z Manią spacerowałyśmy po okolicach Zamku. Weszłyśmy nawet do lumpeksu na szperactwo.

Mania wynalazła sobie cudną sukienkę, którą po powrocie do domu natychmiast włożyła do swojej szafy i ofiarnie walczyła o jej nie-pranie.

Starcia z persilem nie wygrała, za to potem, kiedy sukienka wyschła, dała nam wieczorny pokaz tańców afrykańsko-hindusko-gwatemalskich, przy piosenkach Natalii Kukulskiej, które aktualnie wciąż nucę, chociaż nie chcę.

Mania w nowej sukience. I językiem na wierzchu...

sukienka

 

Mania to już nie małe bobo, nie da się ukryć. Zaczyna się u nas kolejny rzut księżniczkowego odlotu. Zabawy w jestem księżniczką i witaj mój książę nabierają rozpędu.

Wczoraj na moje zmęczone

- Maniu, idziemy już spać


usłyszałam pełne oburzenia:

- mamo, nie jestem już dzieckiem

?

Gabrysia natomiast niestrudzenie zgłębia tajniki funkcjonowania świata i z dociekliwością naukowca zadaje matce pytania, po których matka dobrowolnie proponuje, że może jednak wspólnie obejrzymy sobie H2O. Tak dla oddechu.

- czy jeśli krew człowieka jest chora, to chory jest tylko litr tej krwi, a pozostałe 4 są zdrowe, czy może 5 litrów krwi jest chore?

- gdzie w mózgu jest ta część, dzięki której się ruszam, mamo?

Takie tam pogawędki od serca. Bo przecież serce mamo...

Na koniec wszystkie trzy. Dzisiejsze.

cgm w domu

 

Tyle mam jeszcze do napisania, opisania, upamiętnienia. Postaram się nadrobić to moje blogowanie, żeby jak najwięcej codzienności złapać i tutaj przechować.

Tymczasem pozdrawiam was wakacyjnie. Najserdeczniej!

 

 

 

00:21, a_szczech
Link Komentarze (1) »
środa, 01 czerwca 2011
coś dla oka

Dorzucam do ostatniego wpisu kilka zdjęć.

Komunia

 

komunia1

komunia2

 

komunia3

 

I sześć kuzynek. Cudowne są.

 

komunia5

A teraz wielkanocne wspomnienia

 

wiel1

wiel2

 

wiel3

Ich pięć.

 

 

 

 

 

22:11, a_szczech
Link Komentarze (2) »
niedziela, 29 maja 2011
najlepsza mama w świecie

W kontrze do wpisu sprzed, u lala, albo i dalej, dzisiaj jestem ta najlepsza.

Mania ma ostatnio bardzo mamuśny czas, no kocha mnie bardzo, co tu kryć. Czemu daje wyraz tymi właśnie słowy, plus przytulanki, całuski i jej absolutnie ulubione kokoszenie.

Bierze dziewczątko moje swoją ukochaną kołderkę i proponuje:

- pokokosimy się tloseczkę mamusiu?

Co oznacza tulenie, gilgoty i inne śmichy-chichy. Uwielbiam to!

Poza tym moja Mania to już bardzo gotowy przedszkolak. Jak powietrza potrzebuje dzieci, cioć, wspólnych pląsów, śpiewów, posiłków spożywanych wśród takich jak ona krasnali i do zobaczenia mamusiu.

Póki co w każdy, albo w prawie każdy piątek zostaje w Konfaceli na swoich ulubionych dwugodzinnych zajęciach, ze swoją (i moją) ulubioną ciocią Gosią, w którą patrzy jak w najśliczniejszy obrazek.

A do mnie dociera, że mam już całkiem spore dziecko, kiedy to dziecko właśnie, zakłada mi korale koloru kolorowego makaronu. Ślicznie mi w nich!

A tak w ogóle to znowu końcówka roku szkolnego ze wszystkimi możliwymi atrakcjami.

Ledwie otrząsnęłam się po Komunii oraz białym tygodniu, a tu rach ciach i już, natychmiast galopujemy w kierunku upragnionym, i owszem, ale po kocich łbach, żeby docenić te wakacje chyba. Kiedy już wreszcie nastaną.

Chciałam poczynić wpis ze zdjęciami komunijnymi, ale dziś stwierdziłam, że jeśli tak po prostu na chwilę nie przysiądę, to długo jeszcze nie pojawi się tu nic nowego.

No więc po prostu przysiadłam i tworzę niniejszy chaotyczny wpis.

Potrzebujemy większej lodówki. Na drzwiach obecnej nie mieszczą się już karteluszki, zaproszenia, laurki, najważniejsze na świecie informacje, rysunki tylko dla ciebie mamusiu, oferta pierogarni i pizzerii, karteczki z terminami, godzinami i programami.

Interesująco zapowiada się najbliższy piątek. W szkole Gaby festyn rodzinny, na którym muszą być całe rodziny mamo!!! W szkole Cecy natomiast prapremiera przedstawienia kółka teatralnego, w którym to przedstawieniu moja córka gra jakąś tajemniczą rolę w pidżamie, a która to prapiemiera odbędzie się SPECJALNIE dla rodziców mamo!!! Dodam tylko, że Olek ma w tym dniu dyżur.

JAk wymyślę sposób, żeby być w tym samym czasie w różnych miejscach specjalnie dla mnie zaklepanych, to napiszę o tym książkę, która stanie się biblią wszystkich matek wielodzietnych i moja sława dotrze nawet na wyspę umpa lumpa.

W następny poniedziałek Cecylka ma egzamin harfowy, kończący drugą klasę. I się dziewczyna zawzięła, spięła, zmobilizowała i gra etiudy, menuety i co tam tylko. Przyjemne to dla moich uszu oraz nerwów, zwłaszcza, że na moje: super Cecylko, poćwicz teraz etiudę..., słyszę: za chwilę, zagram jeszcze raz, albo dwa ten menuet, żeby upewnić

No proszę państwa, to lubię. Po miesiącu mojej udręki i zmęczeniu materiału, jeśli chodzi o samą zainteresowaną. Gra cudnie...

W wolnych chwilach wertuję pisma i pisemka wnętrzarskie szukając inpiracji w kwestii płytek na podłogę, ścianę, do kuchni, łazienki, drzwi zewnętrznych i wewnętrznych, paneli, kolorów i tysiąca innych budowlanych gadżetów. Wszystko trzeba zamówić, kupić, jak najszybciej INSTALOWAĆ.

W sierpniu MUSIMY się wyprowadzić z naszego obecnego gniazda. A nowe, matko święta, w polu dalekim.

Jakby co, wprosimy się do kogoś na czas jakiś. Pięć osób, harfa i żółw. Wielkie mi coś. KAżdy nas przygarnie, co?

Jakby co...

22:59, a_szczech
Link Komentarze (4) »
sobota, 14 maja 2011
Prawie komunistki

Jutro Komunia. Naszej starszyzny.

Czytelnikom oszczędzę sprawozdania z szalonego ostatniego tygodnia.

Będzie krótko, ponieważ jak tylko dziewczyny wrócą ze spowiedzi, pędzimy kłaść obrusy i ustawiać krzesła w chatce, gdzie będziemy świętować. Na szczęście jedzonko przygotuje restauracja i nam dowiezie. Bosko!

Z Francji przyleciała moja siostra, ze swoją polsko-francuską córeczką, wczoraj doleciał również mój francuski szwagier. Dziewczyny cieszą się na siebie bardzo, tęsknią do siebie i naprawdę mocno się kochają.

Eurydice, bo tak ma na imię moja siostrzenica, mówi po polsku z francuskim akcentem. No i takie rozmowy można w związku z tym zasłyszeć:

- mogę ten papieh? -pyta Eurydice z francuskim r na końcu

- nie mówi się papieh, tylko papiel- poprawia ją Mania ze swoim trzyletnim l, zamiast r

- oj dziewczyny, ani papieh, ani papiel, tylko po prostu papier- podsumowuje Cecylka.

Jechałam wczoraj z Manią samochodem. Na pasie obok jechał ogromy tir z lawetą, na której ustawionych było z sześć małych samochodów.

- o, ten duży samochód ma swoje kurczęta!- zawołała radośnie Mania.

Poza tym Gabrysia w poniedziałek i wtorek ma jakieś testy w szkole muzycznej. Ciągle mi się wydaje, że powariowaliśmy z tą muzyczną, ale Gabrysia ćwiczy i chyba nawet to lubi...

 

gabiipiano

 

I trochę wiosny, czyli dwa zdjęcia z Komunii zaprzyjaźnionej Zosi:

 

c+g1

 

c+g+m

 

A teraz zmykam. Dobrego weekendu!

09:27, a_szczech
Link Komentarze (2) »
sobota, 07 maja 2011
Talenty i pasje

- oczywiście, że zaśpiewam psalm, w końcu muzyka to moja pasja- odpowiedziała rzeczowo Cecylia, zapytana, czy zaśpiewałaby na swojej własnej Pierwszej Komunii.

I trudno się z nią nie zgodzić, jak również z tym, że a harfa moją miłością.

Chociaż ostatnio rządam dowodów i potwierdzeń tych gorących uczuć, bowiem znudziło mnie już zaganianie do harfy i powoli dostaję pasji, ale szewskiej, kiedy słyszę zaraaaaaaaaaz, albo po minutowym pobrzdąkaniu, radosne już poćwiczyłam.

I doprawdy nie wiem, kiedy ona opanowuje te etiudy.

Zdarza się, nie powiem, że Ceca sama przysiądzie i pogra. Najchętniej swoje wariacje na temat. Improwizuje, a gestykuluje i rusza się przy tym tak, że nie powstydziłaby się tego, dajmy na to Małgorzata Kożuchowska w roli harfistki.

Ja wiem, że wiosna, że zmęczona, że koniec roku prawie, że pod oknem dzieciaki bawią się w chowanego, że każdy muzyk miewa kryzysy, że nudne kwinty, triolki i inne muzyczne dyrdymały codziennie to nuda, ale to nie moją miłością jest harfa.

Jeśli jeszcze do tego dojdzie piątkowe zmęczenie, jakieś takie rozdrażnienie dojrzewającej harfistki, to mamy niezły spektakl.

- nigdy się tego nie nauczę, ja się nie nadaję, oddajcie komuś harfę, ja tego nie zagram, buuuuuuuuu. I teatralna ucieczka do innego pokoju. Teatralne trzaśnięcie drzwiami i szloch. Bardzo teatralny.

Oszaleć można.

Gabrysia do szkoły  muzycznej nie chciała. Bo chór, bo kształcenie słuchu, bo nie po prostu. Nie naciskaliśmy, ja to nawet odetchnęłam, bo słysząc boki i lekkie fałsze Gaby, pomyślałam, że oszczędzimy jej rozczarowań i frustracji.

Szkoła muzyczna nie, ale pianino tak, i to bardzo. A ponieważ do szkoły Gaby przyjeżdżają nauczyciele z muzycznej z Głogowskiej (popołudniowej) i dają lekcje prywatne, no to ciach.

Zapisaliśmy Gabrysię na pianino.

No i pani odkryła w Gabie talent.

Matko!!!

Myślałam, że ona to tylko tak jakoś mi podgaduje z tą muzyczną dla Gaby, że może nie słyszała jeszcze Gaby śpiewającej, ale po tym, jak za każdym razem pani namawia, zachęca, przynosi gotowe do wypełnienia dokumenty, zapewnia, że to tylko kwestia rozśpiewania i że ona to widzi potencjał i naprawdę bardzo by chciała mieć Gabę w szeregach swoich uczniów, no to się poddałam.

Przewieźliśmy pianino od szwagra i ćwiczymy z Gabą tralalala, zadane przez panią, żeby Gabę do egzaminów przygotować.

Nie wiem jeszcze, jak to będzie, jeśli Gabrysia się dostanie, bo wożenie jej dwa razy w tygodniu po szkole do szkoły muzycznej, w rejony Poznania dla nas zupełnie odjechane, to pomysł lekko...odjechany.

Poza tym kryzys harfistki plus kryzys pianistki?

A jak jeszcze Mania dojdzie? Z trąbką na przykład?

Muzyczne dzieci to dla rodziców duże wyzwanie. Logistyczno-wożeniowe i decybelowe. Zupełnie serio to piszę. Wczoraj, po tych wszystkich pianistyczno-harfowych akcjach, powyłączałam wszystkie wydające dżwięki sprzęty i nawet pracująca zmywarka mnie wkurzała. A tak ją przecież kocham. Tę zmywarkę znaczy.

Moje talenty i pasje odeszły w siną dal. Nie pamiętam już, czy w ogóle jakieś są. Szczerze wątpię.

Od 10 prawie lat zajmuję się talentami i pasjami dzieci, zapominając o własnych i odkładając je na potem. To chyba nie jest normalne, co? I zaczyna mi to powoli doskwierać, a perspektyw na zmianę nie widzę.

 

08:35, a_szczech
Link Komentarze (6) »
środa, 27 kwietnia 2011
Holandia a potem...

Po pierwsze Holandia.

Pojechaliśmy. Mimo mojej -kończącej się, ale zawsze- anginy, oraz prawie anginy, tudzież innej gardłowej przypadłości Gabrysi. Bardzo byliśmy zdesperowani.

Holandia przywitała nas pełnym rozkwitem wiosny. Kolorowo, pachnąco, słonecznie i absolutnie kwiatowo!

hol1

 

Kuzyn Olka, czyli wujek Robert dla dziewczyn rozpieszczał je niemiłosiernie. Znosił do domu kilogramy smakołyków, chodził z nimi na ekstremalne place zabaw, kupował waty cukrowe, lody, gofry i co tylko, a pewnego razu przytachał skądś karton plastycznych akcesoriów. W wujkowym ogródku powstawały dzieła sztuki.

 

hol2

 

Właściwie to wystarczyło wstać od stołu i pospacerować po okolicy. Ładnie, czysto, ogródki wypielęgnowane, roślinność bujna i cudowne parki ze zwierzakami oraz jeszcze bardziej cudowne place zabaw tuż za rogiem.

 

hol3

 

hol4

 

Raz jeden ruszyliśmy nieco dalej i pojechaliśmy do Keukenhof. Jest to piękny, ogromny, bogaty kwiatowy park. Narobiliśmy mnóstwo zdjęć, nie wiem kiedy je wszystkie obejrzymy. Zresztą fotografie nie oddają całego uroku, no i przede wszystkim nie pachną. A pachniało tam...

 

hol5

Chciałam wrzucić tulipany i hiacynty, ale nie załadowałam ich jakimś cudem w pliki, więc będziemy bardziej my w Keukenhof, niż kwiaty.

hol6

 

hol7

 

W pięciopaku na ławce.

hol7

 

Dobrze, że pojechaliśmy. Było cudownie, chociaż ta cudowność została nieco przyćmiona wypadkiem Gaby na pożegnanie. Po pożegnalnych całusach i uściskach, Gabrysia wybiegła jeszcze do ogrodu. A raczej prawie wybiegła, ponieważ szklane, przesuwane drzwi tarasowe były akurat zamknięte. Chyba pierwszy raz podczas całego naszego tam pobytu. Usłyszałam tylko tłuczone szkło i przerażony krzyk Eli, żony Roberta Olek ratuj!!!!

Pośród tony szkła stała, trzymając się za głowę, zszokowana Gabrysia. Ręka i szyja we krwi, okulary porysowane, drobinki szkła we włosach. Wyglądało to dosyć dramatycznie. Ręce same zaczęły mi się trząść.

Jeny, jakie to szczęście jednak, że Olek jest lekarzem. Obejrzał. Największa rana była nad uchem. Niezbyt głębokie (ale zawsze) rozcięcie od ucha właśnie w kierunku skroni. Musieliśmy ogolić jej w tym miejscu włosy, żeby opatrzyć tę ranę. Olek uznał, że nie trzeba szyć (na szczęście) i zrobił czary-mary plastrami. Drobne rany były jeszcze na Garysiowym brzuchu, na udzie i czole. Jestem przeszczęśliwa, że skończyło się to tylko tak.

A Gabrysia była w szoku przez całą podróż do Polski. Prawie się nie odzywało biedactwo. Bardzo mi jej było żal.

A potem to już tylko mazurki, jaja, zające i żurki. Święta minęły szybko i trochę na smutniaka, bo bez Olka. Dyżurował w pierwszy i w drugi dzień Świąt. Obiecał, że ostatni raz zgodził się na taki beznadziejny układ. Trzymam go za słowo, bo wyjątkowo do chrzanu było bez niego. W lany poniedziałek to po prostu wpadłam w dziki szał i wydzierałam się na dziewczyny, głownie na Gabę, bo i ona wstała chyba lewą nogą tego dnia.

Wieczorem nam przeszło, Gaba zaproponowała, żebym się wcześnie położyła spać, bo to może od niewyspania ten mój szalony nastrój, albo może od kawy, której nie wypiłam rano, bo ona mi jej nie zrobiła przecież...

Dzisiaj, żeby zatrzeć ślady wczorajszego krzyczanego dnia, poszłyśmy wszystkie 4 do zoo i było nam bardzo fajnie.

No, jakoś tak lajtowo wyszła ta końcówka. Aż się dziwię, bo szczerze, wczoraj to w zamkniętej łazience, do której uciekłam, wypływały z mojej gardzieli same niecenzury.

Widać, minęło mi.

 

00:15, a_szczech
Link Komentarze (5) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 16